Amur
Wyszłam
z terminalu i westchnęłam. Miałam za sobą kilku godzinną podróż
ze Stanów do Londynu. Skończyłam studia, odebrałam dyplom i nie
mam pracy... Standard. Pewnie zostałabym dłużej w Nowym Jorku, ale
kasa się zaczęła kończyć, a postanowiłam sobie, że nie wezmę
od rodziców grosza! Wszyscy oczekiwali, że bez skrupułów będę
ciągnąć hajsy, ale nie. Nie. Po pierwsze nie jestem taka jak
wszystkie dzieci pieniężnych rodziców, a po drugie, nie spełniam
nigdy niczyich oczekiwań. Jestem niestandardowa i to lubię.
Dlatego
w przypływie geniuszu spakowałam cały swój dobytek (naprawdę,
wolę zapomnieć ile zapłaciłam za nadbagaż) i przybyłam do
Londynu. Mam tu dwie siostry cioteczne. Tak, one bez problemu biorą
kasę od rodziców, więc pożyczę od nich póki czegoś nie znajdę.
Gdy pożyczę od nich będę musiała im oddać, a gdy od staruszków
to nigdy nie wezmą z powrotem.
Jeszcze
tylko musiałam dotrzeć do mieszkania dziewczyn. Z lenistwa
zdecydowałam się na taksówkę, więc ciągnąc za sobą swoją
ciężką, ogromną walizkę popędziłam na postój taksówek.
Oczywiście nie zwracałam uwagi na to co dzieje się wokoło, bo
padał deszcz, a ja musiałam walczyć z bagażem, trzymać parasol i
jeszcze iść prosto! Oczywiście lało, bo przecież w Londynie
zawsze leje...
O
święte Bernabeu, co mnie podkusiło, żebym akurat tutaj
postanowiła zarabiać pieniądze? Jest tyle miast na tym smutnym
świecie! Nie, ja jestem taka mądra, że wybrałam deszczowy Londyn!
Deszczowy i oczywiście zatłoczony!
Nagle
przede mną ktoś otworzył drzwi samochodu i dostałam nimi
centralnie w twarz!
Klapnęłam
tyłkiem na chodnik, parasolka odleciała, walizka odjechała, a
telefon wylądował w kałuży!
-Cholera
jasna! - wrzasnęłam po hiszpańsku rozmasowując nos. Na szczęście
chyba po prostu siłą uderzenia powaliła mnie na ziemię i nic mi
nie było. Tylko moja duma leżała teraz razem ze mną!
-Przepraszam,
nic ci nie jest?! - ktoś postawił mnie do pionu, wręczył moją
własną parasolkę i podał mokry telefon. Patrzyłam na to wszystko
w osłupieniu. Było mi mokro w cztery litery, mój srajfon był już
tylko wspomnieniem, jego zwłoki dzierżyłam w dłoni, a ten oto
pyta mnie czy nic mi nie jest...
Nie,
nie będzie spokojnie. Wybuchowa mieszanka portugalsko-hiszpańskiej
krwi zabuzowała w moich żyłach.
-Kpisz
sobie? - syknęłam. - Mogłeś mi złamać nos, palancie! -
wrzasnęłam.
-Przepraszam,
nie zauważyłem cię! - zamachał rękami brunet. Po jego ciemnych
włosach, twarzy a przede wszystkim nosie, spływały strużki wody.
A niech moknie, dziad jeden! Dopiero zaczynałam swoją tyradę!
-Nie
zauważyłem?! Aż taka miniaturowa to nie jestem! Rozglądaj się
czasem człowieku, bo kiedyś kogoś zabijesz! Zniszczyłeś mi
telefon, poobijałeś i wystraszyłeś! Lecz się, dupku! - wzięłam
swoją walizkę i ruszyłam dalej.
-Przepraszam!
Odkupię ci telefon! - zawołał za mną.
-Jeszcze
mnie stać na nowy telefon!
-Nie
bądź taka honorowa! To tylko telefon - uśmiechnął się, a we
mnie się zagotowało.
-Bujaj
się, buraku cukrowy! - odkrzyknęłam i wsiadłam do taksówki. -
Dzień dobry, poproszę na Dover Street - powiedziałam do
taksówkarza.
-Słucham?
Mówię tylko po angielsku - uśmiechnął się do mnie z odbicia w
przednim lusterku.
-Dover
Street, poproszę - powtórzyłam po angielsku i dopiero do mnie
dotarło, że z tamtym bucem rozmawiałam po hiszpańsku! Chociaż
uważam się za Portugalkę, mój ojciec jest Portugalczykiem, matka
Hiszpanką, to wychowałam się w Madrycie i wszędzie mówiłam po
hiszpańsku. Skąd moje przekleństwa po hiszpańsku, taki nawyk.
Gdy
dotarłam do mieszkania sióstr od razu przebrałam się w suche
ciuchy i opadłam na kanapę.
-I
co teraz? - usiadła obok mnie Fuerte. Tak, Fuerte. Od tej wyspy
Fuerteventury. Dlaczego? Już tłumaczę! Nasze matki stamtąd
pochodzą i jej matka, a moja chrzestna, tak ukochała swe ojczyste
grunty, że postanowiła tak nazwać swoją córkę. No w sumie
spoko, bo po hiszpańsku "fuerte" to "silny". A
ja? Amur. Serio, mam na imię Amur. Wychowałam się w Hiszpanii, mam
za rodziców mega dzianych, sławnych i wpływowych ludzi, a tacy
mogą sobie dzieci nazywać jak chcą. Więc moja mama, zgodnie z
rodzinną tradycją (były sobie trzy siostry - Kama, Neva i Lena),
gdzie dziecko dostaje imię po rzece w Rosji (dziadek jest wielkim
fanem Rosji i jej natury). Więc jestem Amur. W dosłownym
tłumaczeniu Amur to Rzeka Czarnego Smoka. Brzmi trochę zadziornie,
więc jest spoko. Nikt w szkole też nie miał takiego imienia jak
ja. Są tego plusy. Minusem nadal jest to, że moje imię to nazwa
rzeki... Tak, cóż... Ryby też.
Wracając
do Fuerte. Zatrzymałam się u niej i jej siostry Rosario (Rosario,
bo miasto gdzie urodziły się nasze matki to Puerto del Rosario).
Fuerte rok temu skończyła studia i była wykwalifikowaną aktorką.
Jeszcze bez światowej sławy, ale zareklamowała już jogurt i grała
w kilku spektaklach. Z kolei Rosario został rok studiów na Akademii
Muzycznej. Ta miała być grajkiem, znaczy pianistką. Rzępoliła
równo, więc już była na kilku ważnych konkursach i coś tam
wygrywała. A ja... Skończyłam ekonomię na Yale i tyle. Nawet z
wyróżnieniem i co? I gucio.
-Wysłałam
miliard CV i czekam - odpowiedziałam na pytanie.
-Aha
- pokiwała głową Fuerte. Była śliczna, i tak samo jak śliczna
czasem głupiutka.
-I
z pomocy rodziców nie skorzystasz? Matka w sekundzie by ci robotę
znalazła - odezwała się stojąca w progu Rosario. Rosario też
była ładna, ale u niej uroda nie szła w parze z głupotą. Była
bardziej szczerze-jadowita. Czasami trudno było połapać się,
gdzie jest szczerość, a gdzie jad.
-Ja
mam propozycję! - zawył mój kuzyn. Zakała rodziny. Koligacyjnie
to jego ojciec i moja matka to rodzeństwo cioteczne. Palmi był w
Londynie, ponieważ już dwa sezony grał dla Chelsea Londyn. Nie
wiem jakim cudem ta skrajnie różna trójka wpadła na ten genialny
pomysł by razem mieszkać... Nie wiem, ale to było straszne. W
jednym pokoju Fuerte powtarzała swoje role, w drugim Rosario rypała
na fortepianie czy tam pianinie, a w trzecim Palmi grał w fifę i
darł przy tym ryja jakby obdzierali go ze skóry. To miało stać
się moją rzeczywistością póki nie znajdę pracy.
-Nie,
nie będę mieszkać z tobą w pokoju - zamachałam rękami. Z wyżej
wymienionych powodów zdecydowałam się zamieszkać z Fuerte. Często
jej nie było, bo latała na próby do teatru albo na castingi, żeby
reklamować podpaski.
-Nie!
Rosario! Zrobimy nam imprezę na dwudzieste drugie urodziny! - zawył.
-Nie
- ucięła krótko, a Palmi wyglądał jakby zeszło z niego
powietrze. Mieli to szczęście, że urodzili się w sierpniu. Palmi
szesnastego, a Rosario czternastego. Zawsze lepsze to niż tak jak
ja. Trzynastego w piątek. Kuźwa, serio. Trzynastego w piątek.
Ojciec zawsze nieudolnie pocieszał mnie, że przynajmniej w 2017
roku. A siedem to rzekomo szczęśliwa liczba. Na pewno nie moja.
-Skoro
czekasz aż ktoś cię zatrudni to może pójdziesz ze mną na
casting? - zerwała się Fuerte. - To ma być reklama nowego
telefonu, ale reżyseruje tę reklamówkę sam Olivier Broom! -
zapiszczała. Spojrzałam na Rosario, która przewróciła oczami, a
potem na Palmiego. Po jego minie zrozumiałam, że on też nie wie o
kim ona mówi. - A zdjęcia ma robić Matthiew Cave! To jedna z
najgłośniejszych kampanii na Wyspach! Był do tego casting niczym
do X Factor!
-Dzikie
tłumy waliły na casting by na reklamówce ponosić telefon? - Palmi
podrapał się po głowie.
-To
ile już etapów przeszłaś? - spytała Rosario zakładając ręce
na piersi.
-Dziś
finał! Najlepsza trójka! - zaklaskała w dłonie Fuerte.
-Ja
pierdziele - sapnęłam.
-Ubieraj
się! Idziemy! - rozkazała i pobiegła do łazienki.
-Widzisz,
trzeba było zostać w Stanach. Podawanie kawy w Starbucksie byłoby
lepsze - roześmiał się Palmi. Spojrzałam na niego jakbym go
chciała zamordować, ale perspektywa, że mam iść z Fuerte na
jakiś plan zdjęciowy tak mnie przytłoczyła, że nie miałam
ochoty się odzywać.
-To
jest straszne - szepnęła Rosario. - Ale masz rację, Palmi. Borze
szumiący, nie sądziłam, że to powiem, ale powiedziałam. Straszne
- wzdrygnęła się.
Vega
Zgrzytnęłam
zębami na widok najnowszego wydania brukowca. Bezczelnie leżał na
naszej wycieraczce. Nie położył tego nikt z domowników, ale w
naszym super eleganckim i drogim apartamentowcu było dużo
"życzliwych". Jak widać kasa nie idzie w parze z rozumem.
To nie pierwsza taka akcja i
pewnie nie ostatnia. No, kogo obchodzi z kim mieszkam? Kogo w ogóle
obchodzi kto tu mieszka?! Nie po to płacimy ogromne pieniądze na to
mieszkanie, żeby przejmować się sąsiadami!
Weszłam
do mieszkania trzaskając drzwiami. Rzuciłam gazetą przed siebie i
skręciłam do kuchni.
-Co
to? - za mną pojawił się roznegliżowany Marco. Wyglądał jak
młody bóg. To, że mam znieczulicę na jego wdzięki po dwudziestu
czterech latach znajomości nie oznacza, że nie mam oczu. Mam.
Widziałam go nago nie raz i nie dwa. I fakt, to jak wygląda nie jest dla mnie obojętne, ale udaje przed nim, że jest. Jeszcze by sobie pomyślał za dużo...
No
i stał sobie przede mną, młody bóg włoskiego futbolu, nadzieja
swojej matki na to, że jej firma nie skończy się na niej.... Marco
Ramos Rubio i jego czarne spodenki. Nawet skarpet nie miał. Każdy
mięsień odznaczał się pod skórą, każdusieńki. Wcale się nie
dziwię, że miał każdą. W Mediolanie czy Madrycie tylko kiwał
palcem i były jego, w innych miastach musiał też machnąć ręką.
Jego bracia mieli podobne umięśnienie
(wiem, bo widziałam na wakacjach), ale starszy był tylko albo aż lekarzem, a młodszy architektem.
Dla nas z Marco AŻ, bo doskonale wiedzieliśmy ile obaj musieli się uczyć, żeby zostać chirurgiem i architektem. Ba!, uczą się dalej. A my?
Skończyliśmy dziennikarstwo. Ja, bo tak chciałam, a Marco, bo jego
rodzice tak nie chcieli. Niewiele osób też wierzyło, że piłkarz
jest w stanie skończyć jakikolwiek kierunek studiów.
Stwierdziliśmy, że przyjmujemy wyzwanie… I skończył studia. Nie
było łatwo, ale lubimy wyzwania. Lubimy też stawiać na swoim.
Sprawia to, że czasem kłócimy się jak stare małżeństwo. Jesteśmy tylko przyjaciółmi. Przyjaciółmi bez przywilejów. W sumie nawet nie jesteśmy przyjaciółmi, bez przesady... Ja go nawet nie lubię!
-Mógłbyś
się ubrać - burknęłam i usiadłam przy stole. Wyjęłam z torebki
telefon i zaczęłam sprawdzać pocztę. Pracoholizm. Choroba w moim
przypadku, nie uleczalna. A przynajmniej wcale nie czułam potrzeby,
żeby to jakkolwiek leczyć. Kochałam
swoją pracę! Od ponad czterech lat pracuję we włoskim wydaniu
Vogue'a. Jestem zachwycona, zauroczona i och. Robota marzeń. Do tego
mnie doceniają, awansuję i zajdę w tym fachu daleko. Wiem to.
-Ćwiczyłem
- spojrzał po sobie i usiadł na przeciwko mnie. Jakby to miało
wytłumaczyć dlaczego paraduje prawie goły po chacie!
Rozłożył
gazetę i zaczął oglądać zdjęcie. - O, to my - uśmiechnął
się, a po chwili spochmurniał. - Znowu my?
-Płomienny
romans trwa? - puściłam mu oczko.
-Może
im zapłacę, żeby się odczepili? - podrapał się po kasztanowych
włosach.
-Najpierw
to trzymaj jęzor za zębami! - walnęłam telefonem w blat. - Po co
chlapałeś jęzorem, że mieszkamy razem już sześć lat? Kogo to
obchodzi, Ramos?!
-Sześć?
A nie siedem?
-Marco!
- zasyczałam.
-Wymsknęło
mi się - mruknął ze skruszoną miną. Westchnęłam ciężko. Co
mi da krzyk? Nic. Całe Włochy, a przynajmniej ta część, która
jeszcze nie wiedziała, już wie, że mieszkam z Marco Ramosem.
Fanfary.
-Mleko
się rozlało. Gwiazdeczka, cukiereczek i ulubieniec nie mieszka sam.
Jakbyś był marką samą w sobie to twoje akcje poleciałyby łeb na
szyję. Kto to widział, żeby playboy mieszkał z laską! Może
przeżyliby, że mieszkasz z jakąś tam dziewczyną. W sumie
zmieniasz je błyskawicznie... Ale to ja... - oparłam głowę na
dłoniach. - Vega Ruiz. Nie jestem anonimowa, nie byłam i nigdy nie
będę... - uśmiechnęłam się szeroko.
-Ty
i anonimowość - wyszczerzył zęby. - Odkąd pamiętam musiało być
o tobie głośno. Vega Ruiz to, a to Vega Ruiz tamto! - zamachał
rękami. - Poza tym od tylu lat z uporem maniaka mówię ci i
powtórzę po raz kolejny, powinnaś być Arbeloa.
-Marco,
powtórzę ci z takim samym uporem: jestem Arbeloa! Ale wolę
nazwisko mamy, jest krótsze, bardziej chwytliwe, łatwiejsze do
zapamiętania - wzruszyłam ramionami. - Wszędzie i do końca życia
będę Arbeloa Ruiz. Jestem dumna z tego czyją jestem córką,
zresztą cały czas to podkreślam.
-Psuję
ci wizerunek, co? - puścił mi oczko. - Wielka pani redaktor z
Vogue'a. Piękna, inteligentna, zdolna i ja… piłkarzyna.
-Puknij
się – dla przykładu sama popukałam się czoło.
-Moglibyśmy
być niezłą parą. Znamy się, lubimy i mamy dobry pijar.
-Pijarowiec
się znalazł – fuknęłam i wstałam.
-Nie
chciałabyś zostać moją dziewczyną, Vega? Tak na prawdę - wyszczerzył zęby.
-A
czy wyglądam jakby chciała? - skrzywiłam się.
-Patrz
na mnie – wskazał na swoją klatę. - Ideał! - roześmiał się.
-Lecz
się, Ramos – obróciłam się na pięcie z zamiarem odmaszerowania
do swojego pokoju. Może naprawdę powinnam kupić sobie swoje mieszkanie?
Byłabym sama, miała święty spokój.
-Proszę
cię o chodzenie, a ty mnie olewasz! - stanął przede mną i
rozłożył ręce jakby chciał mnie przygarnąć do siebie.
-Nie
masz już sześciu lat.
-Wtedy
też mnie olałaś!
-Tyle
lat i nic się nie zmieniło!
-Jak miałaś piętnaście to też mnie olałaś! Szesnaście, siedemnaście i osiemnaście! - zaczął wyliczać na palcach.
-A potem z tobą zamieszkałam.
-Bo ojciec cię zmusił - skrzywił się.
-Fakt. Wolał, żebym mieszkała z takim przygłupem jak Ty niż z kimś obcym.
-Przyznaj, wolałaś mieszkać ze mną, co? - puścił mi oczko.
-Marco - położyłam mu dłoń na nagiej piersi.
-Nie tykam braci przyjaciół.
-Mój brat od wielu lat nie jest twoim przyjacielem.
-Jak ty mało wiesz, Ramos - westchnęłam z politowaniem.
-Alessandro ma już dziewczynę!
-I co z tego? Nie mam problemu z tym, że kogoś ma. Przyjaciele cieszą się swoim szczęściem! Poza tym powiem Ci po raz miliardowy, że nie kocham się w twoim bracie!
-To czemu nie chcesz być ze mną?
-Bo nie jesteś poważny.
-Jak miałaś piętnaście to też mnie olałaś! Szesnaście, siedemnaście i osiemnaście! - zaczął wyliczać na palcach.
-A potem z tobą zamieszkałam.
-Bo ojciec cię zmusił - skrzywił się.
-Fakt. Wolał, żebym mieszkała z takim przygłupem jak Ty niż z kimś obcym.
-Przyznaj, wolałaś mieszkać ze mną, co? - puścił mi oczko.
-Marco - położyłam mu dłoń na nagiej piersi.
-Nie tykam braci przyjaciół.
-Mój brat od wielu lat nie jest twoim przyjacielem.
-Jak ty mało wiesz, Ramos - westchnęłam z politowaniem.
-Alessandro ma już dziewczynę!
-I co z tego? Nie mam problemu z tym, że kogoś ma. Przyjaciele cieszą się swoim szczęściem! Poza tym powiem Ci po raz miliardowy, że nie kocham się w twoim bracie!
-To czemu nie chcesz być ze mną?
-Bo nie jesteś poważny.
-Poza
tym powiedziałem, że mieszkamy też z Piero - przypomniało mu się nagle.
-Kogo
obchodzi Piero? - minęłam
go i weszłam do swojego pokoju.
-No
wiesz?! - złapał się pod boki. - To nasz kolega!
-Owszem,
ale nie wzbudza takiego zainteresowania jak my.
-Czy
w naszym życiu musi się liczyć tylko popularność? - oparł się
o framugę.
-Nie,
ale zarabiasz na tym. Gdyby nie popularność nadal mieszkałbyś w
Madrycie z rodzicami…
-Nie
– burknął. - Nie mieszkałbym, ale rozumiem do czego zmierzasz.
Mieszkałbym w Mediolanie jako nikt.
-Masz
świetne nazwisko, jesteś jednym z najlepszych piłkarzy na świecie
a do tego, jesteś synem sławnych rodziców. Mogłeś pójść nową
drogą jak Sergito czy Alessandro i zostać lekarzem albo architektem. Mogłeś zniknąć z radarów
jak sam wiesz kto i robić teraz cokolwiek, ale przyjechaliśmy tu.
Robimy co lubimy, realizujemy się, mamy świetne perspektywy na
przyszłość. Nie przeszkadza mi, że latają za nami dziennikarze.
Mam serdecznie gdzieś co o mnie wypisują. Do tego doszliśmy do tego co mamy sami, nikt nic nam nie dał.
-Vega!
- syknął. - To po co ten raban o ten wywiad?
-Dla
zabawy – roześmiałam się. - Jadę do Londynu. TruEndo ma robić
podobno jakąś kampanię reklamową, która będzie petardą. Muszę
to zobaczyć. Luca
Villa obiecał mnie wpuścić.
-Jadę.
Mam przerwę w treningach.
-To
pakuj się, Ramos.
-Dobrze,
Ruiz. A co Villa chce w zamian?
-To
jest w zamian – uśmiechnęłam się.
-A
co zrobiłaś dla niego?
-Tajemnica – puściłam mu oczko.
-Tajemnica – puściłam mu oczko.
Zaczyna się ciekawie :D Wyczuwam sporo zamieszania, z resztą tak samo jak i było u rodziców :D
OdpowiedzUsuń