6 października 2017

Odcinek pierwszy

Amur 

Wyszłam z terminalu i westchnęłam. Miałam za sobą kilku godzinną podróż ze Stanów do Londynu. Skończyłam studia, odebrałam dyplom i nie mam pracy... Standard. Pewnie zostałabym dłużej w Nowym Jorku, ale kasa się zaczęła kończyć, a postanowiłam sobie, że nie wezmę od rodziców grosza! Wszyscy oczekiwali, że bez skrupułów będę ciągnąć hajsy, ale nie. Nie. Po pierwsze nie jestem taka jak wszystkie dzieci pieniężnych rodziców, a po drugie, nie spełniam nigdy niczyich oczekiwań. Jestem niestandardowa i to lubię.
Dlatego w przypływie geniuszu spakowałam cały swój dobytek (naprawdę, wolę zapomnieć ile zapłaciłam za nadbagaż) i przybyłam do Londynu. Mam tu dwie siostry cioteczne. Tak, one bez problemu biorą kasę od rodziców, więc pożyczę od nich póki czegoś nie znajdę. Gdy pożyczę od nich będę musiała im oddać, a gdy od staruszków to nigdy nie wezmą z powrotem.
Jeszcze tylko musiałam dotrzeć do mieszkania dziewczyn. Z lenistwa zdecydowałam się na taksówkę, więc ciągnąc za sobą swoją ciężką, ogromną walizkę popędziłam na postój taksówek. Oczywiście nie zwracałam uwagi na to co dzieje się wokoło, bo padał deszcz, a ja musiałam walczyć z bagażem, trzymać parasol i jeszcze iść prosto! Oczywiście lało, bo przecież w Londynie zawsze leje...
O święte Bernabeu, co mnie podkusiło, żebym akurat tutaj postanowiła zarabiać pieniądze? Jest tyle miast na tym smutnym świecie! Nie, ja jestem taka mądra, że wybrałam deszczowy Londyn! Deszczowy i oczywiście zatłoczony!
Nagle przede mną ktoś otworzył drzwi samochodu i dostałam nimi centralnie w twarz!
Klapnęłam tyłkiem na chodnik, parasolka odleciała, walizka odjechała, a telefon wylądował w kałuży!
-Cholera jasna! - wrzasnęłam po hiszpańsku rozmasowując nos. Na szczęście chyba po prostu siłą uderzenia powaliła mnie na ziemię i nic mi nie było. Tylko moja duma leżała teraz razem ze mną!
-Przepraszam, nic ci nie jest?! - ktoś postawił mnie do pionu, wręczył moją własną parasolkę i podał mokry telefon. Patrzyłam na to wszystko w osłupieniu. Było mi mokro w cztery litery, mój srajfon był już tylko wspomnieniem, jego zwłoki dzierżyłam w dłoni, a ten oto pyta mnie czy nic mi nie jest...
Nie, nie będzie spokojnie. Wybuchowa mieszanka portugalsko-hiszpańskiej krwi zabuzowała w moich żyłach.
-Kpisz sobie? - syknęłam. - Mogłeś mi złamać nos, palancie! - wrzasnęłam.
-Przepraszam, nie zauważyłem cię! - zamachał rękami brunet. Po jego ciemnych włosach, twarzy a przede wszystkim nosie, spływały strużki wody. A niech moknie, dziad jeden! Dopiero zaczynałam swoją tyradę!
-Nie zauważyłem?! Aż taka miniaturowa to nie jestem! Rozglądaj się czasem człowieku, bo kiedyś kogoś zabijesz! Zniszczyłeś mi telefon, poobijałeś i wystraszyłeś! Lecz się, dupku! - wzięłam swoją walizkę i ruszyłam dalej.
-Przepraszam! Odkupię ci telefon! - zawołał za mną.
-Jeszcze mnie stać na nowy telefon!
-Nie bądź taka honorowa! To tylko telefon - uśmiechnął się, a we mnie się zagotowało.
-Bujaj się, buraku cukrowy! - odkrzyknęłam i wsiadłam do taksówki. - Dzień dobry, poproszę na Dover Street - powiedziałam do taksówkarza.
-Słucham? Mówię tylko po angielsku - uśmiechnął się do mnie z odbicia w przednim lusterku.
-Dover Street, poproszę - powtórzyłam po angielsku i dopiero do mnie dotarło, że z tamtym bucem rozmawiałam po hiszpańsku! Chociaż uważam się za Portugalkę, mój ojciec jest Portugalczykiem, matka Hiszpanką, to wychowałam się w Madrycie i wszędzie mówiłam po hiszpańsku. Skąd moje przekleństwa po hiszpańsku, taki nawyk.
Gdy dotarłam do mieszkania sióstr od razu przebrałam się w suche ciuchy i opadłam na kanapę.
-I co teraz? - usiadła obok mnie Fuerte. Tak, Fuerte. Od tej wyspy Fuerteventury. Dlaczego? Już tłumaczę! Nasze matki stamtąd pochodzą i jej matka, a moja chrzestna, tak ukochała swe ojczyste grunty, że postanowiła tak nazwać swoją córkę. No w sumie spoko, bo po hiszpańsku "fuerte" to "silny". A ja? Amur. Serio, mam na imię Amur. Wychowałam się w Hiszpanii, mam za rodziców mega dzianych, sławnych i wpływowych ludzi, a tacy mogą sobie dzieci nazywać jak chcą. Więc moja mama, zgodnie z rodzinną tradycją (były sobie trzy siostry - Kama, Neva i Lena), gdzie dziecko dostaje imię po rzece w Rosji (dziadek jest wielkim fanem Rosji i jej natury). Więc jestem Amur. W dosłownym tłumaczeniu Amur to Rzeka Czarnego Smoka. Brzmi trochę zadziornie, więc jest spoko. Nikt w szkole też nie miał takiego imienia jak ja. Są tego plusy. Minusem nadal jest to, że moje imię to nazwa rzeki... Tak, cóż... Ryby też.
Wracając do Fuerte. Zatrzymałam się u niej i jej siostry Rosario (Rosario, bo miasto gdzie urodziły się nasze matki to Puerto del Rosario). Fuerte rok temu skończyła studia i była wykwalifikowaną aktorką. Jeszcze bez światowej sławy, ale zareklamowała już jogurt i grała w kilku spektaklach. Z kolei Rosario został rok studiów na Akademii Muzycznej. Ta miała być grajkiem, znaczy pianistką. Rzępoliła równo, więc już była na kilku ważnych konkursach i coś tam wygrywała. A ja... Skończyłam ekonomię na Yale i tyle. Nawet z wyróżnieniem i co? I gucio.
-Wysłałam miliard CV i czekam - odpowiedziałam na pytanie.
-Aha - pokiwała głową Fuerte. Była śliczna, i tak samo jak śliczna czasem głupiutka.
-I z pomocy rodziców nie skorzystasz? Matka w sekundzie by ci robotę znalazła - odezwała się stojąca w progu Rosario. Rosario też była ładna, ale u niej uroda nie szła w parze z głupotą. Była bardziej szczerze-jadowita. Czasami trudno było połapać się, gdzie jest szczerość, a gdzie jad.
-Ja mam propozycję! - zawył mój kuzyn. Zakała rodziny. Koligacyjnie to jego ojciec i moja matka to rodzeństwo cioteczne. Palmi był w Londynie, ponieważ już dwa sezony grał dla Chelsea Londyn. Nie wiem jakim cudem ta skrajnie różna trójka wpadła na ten genialny pomysł by razem mieszkać... Nie wiem, ale to było straszne. W jednym pokoju Fuerte powtarzała swoje role, w drugim Rosario rypała na fortepianie czy tam pianinie, a w trzecim Palmi grał w fifę i darł przy tym ryja jakby obdzierali go ze skóry. To miało stać się moją rzeczywistością póki nie znajdę pracy.
-Nie, nie będę mieszkać z tobą w pokoju - zamachałam rękami. Z wyżej wymienionych powodów zdecydowałam się zamieszkać z Fuerte. Często jej nie było, bo latała na próby do teatru albo na castingi, żeby reklamować podpaski.
-Nie! Rosario! Zrobimy nam imprezę na dwudzieste drugie urodziny! - zawył.
-Nie - ucięła krótko, a Palmi wyglądał jakby zeszło z niego powietrze. Mieli to szczęście, że urodzili się w sierpniu. Palmi szesnastego, a Rosario czternastego. Zawsze lepsze to niż tak jak ja. Trzynastego w piątek. Kuźwa, serio. Trzynastego w piątek. Ojciec zawsze nieudolnie pocieszał mnie, że przynajmniej w 2017 roku. A siedem to rzekomo szczęśliwa liczba. Na pewno nie moja.
-Skoro czekasz aż ktoś cię zatrudni to może pójdziesz ze mną na casting? - zerwała się Fuerte. - To ma być reklama nowego telefonu, ale reżyseruje tę reklamówkę sam Olivier Broom! - zapiszczała. Spojrzałam na Rosario, która przewróciła oczami, a potem na Palmiego. Po jego minie zrozumiałam, że on też nie wie o kim ona mówi. - A zdjęcia ma robić Matthiew Cave! To jedna z najgłośniejszych kampanii na Wyspach! Był do tego casting niczym do X Factor!
-Dzikie tłumy waliły na casting by na reklamówce ponosić telefon? - Palmi podrapał się po głowie.
-To ile już etapów przeszłaś? - spytała Rosario zakładając ręce na piersi.
-Dziś finał! Najlepsza trójka! - zaklaskała w dłonie Fuerte.
-Ja pierdziele - sapnęłam.
-Ubieraj się! Idziemy! - rozkazała i pobiegła do łazienki.
-Widzisz, trzeba było zostać w Stanach. Podawanie kawy w Starbucksie byłoby lepsze - roześmiał się Palmi. Spojrzałam na niego jakbym go chciała zamordować, ale perspektywa, że mam iść z Fuerte na jakiś plan zdjęciowy tak mnie przytłoczyła, że nie miałam ochoty się odzywać.
-To jest straszne - szepnęła Rosario. - Ale masz rację, Palmi. Borze szumiący, nie sądziłam, że to powiem, ale powiedziałam. Straszne - wzdrygnęła się.



Vega

Zgrzytnęłam zębami na widok najnowszego wydania brukowca. Bezczelnie leżał na naszej wycieraczce. Nie położył tego nikt z domowników, ale w naszym super eleganckim i drogim apartamentowcu było dużo "życzliwych". Jak widać kasa nie idzie w parze z rozumem. To nie pierwsza taka akcja i pewnie nie ostatnia. No, kogo obchodzi z kim mieszkam? Kogo w ogóle obchodzi kto tu mieszka?! Nie po to płacimy ogromne pieniądze na to mieszkanie, żeby przejmować się sąsiadami!
Weszłam do mieszkania trzaskając drzwiami. Rzuciłam gazetą przed siebie i skręciłam do kuchni.
-Co to? - za mną pojawił się roznegliżowany Marco. Wyglądał jak młody bóg. To, że mam znieczulicę na jego wdzięki po dwudziestu czterech latach znajomości nie oznacza, że nie mam oczu. Mam. Widziałam go nago nie raz i nie dwa. I fakt, to jak wygląda nie jest dla mnie obojętne, ale udaje przed nim, że jest. Jeszcze by sobie pomyślał za dużo...
No i stał sobie przede mną, młody bóg włoskiego futbolu, nadzieja swojej matki na to, że jej firma nie skończy się na niej.... Marco Ramos Rubio i jego czarne spodenki. Nawet skarpet nie miał. Każdy mięsień odznaczał się pod skórą, każdusieńki. Wcale się nie dziwię, że miał każdą. W Mediolanie czy Madrycie tylko kiwał palcem i były jego, w innych miastach musiał też machnąć ręką. Jego bracia mieli podobne umięśnienie (wiem, bo widziałam na wakacjach), ale starszy był tylko albo aż lekarzem, a młodszy architektem. Dla nas z Marco AŻ, bo doskonale wiedzieliśmy ile obaj musieli się uczyć, żeby zostać chirurgiem i architektem. Ba!, uczą się dalej. A my? Skończyliśmy dziennikarstwo. Ja, bo tak chciałam, a Marco, bo jego rodzice tak nie chcieli. Niewiele osób też wierzyło, że piłkarz jest w stanie skończyć jakikolwiek kierunek studiów. Stwierdziliśmy, że przyjmujemy wyzwanie… I skończył studia. Nie było łatwo, ale lubimy wyzwania. Lubimy też stawiać na swoim. Sprawia to, że czasem kłócimy się jak stare małżeństwo. Jesteśmy tylko przyjaciółmi. Przyjaciółmi bez przywilejów. W sumie nawet nie jesteśmy przyjaciółmi, bez przesady... Ja go nawet nie lubię!
-Mógłbyś się ubrać - burknęłam i usiadłam przy stole. Wyjęłam z torebki telefon i zaczęłam sprawdzać pocztę. Pracoholizm. Choroba w moim przypadku, nie uleczalna. A przynajmniej wcale nie czułam potrzeby, żeby to jakkolwiek leczyć. Kochałam swoją pracę! Od ponad czterech lat pracuję we włoskim wydaniu Vogue'a. Jestem zachwycona, zauroczona i och. Robota marzeń. Do tego mnie doceniają, awansuję i zajdę w tym fachu daleko. Wiem to.
-Ćwiczyłem - spojrzał po sobie i usiadł na przeciwko mnie. Jakby to miało wytłumaczyć dlaczego paraduje prawie goły po chacie!
Rozłożył gazetę i zaczął oglądać zdjęcie. - O, to my - uśmiechnął się, a po chwili spochmurniał. - Znowu my?
-Płomienny romans trwa? - puściłam mu oczko.
-Może im zapłacę, żeby się odczepili? - podrapał się po kasztanowych włosach.
-Najpierw to trzymaj jęzor za zębami! - walnęłam telefonem w blat. - Po co chlapałeś jęzorem, że mieszkamy razem już sześć lat? Kogo to obchodzi, Ramos?!
-Sześć? A nie siedem?
-Marco! - zasyczałam.
-Wymsknęło mi się - mruknął ze skruszoną miną. Westchnęłam ciężko. Co mi da krzyk? Nic. Całe Włochy, a przynajmniej ta część, która jeszcze nie wiedziała, już wie, że mieszkam z Marco Ramosem. Fanfary.
-Mleko się rozlało. Gwiazdeczka, cukiereczek i ulubieniec nie mieszka sam. Jakbyś był marką samą w sobie to twoje akcje poleciałyby łeb na szyję. Kto to widział, żeby playboy mieszkał z laską! Może przeżyliby, że mieszkasz z jakąś tam dziewczyną. W sumie zmieniasz je błyskawicznie... Ale to ja... - oparłam głowę na dłoniach. - Vega Ruiz. Nie jestem anonimowa, nie byłam i nigdy nie będę... - uśmiechnęłam się szeroko.
-Ty i anonimowość - wyszczerzył zęby. - Odkąd pamiętam musiało być o tobie głośno. Vega Ruiz to, a to Vega Ruiz tamto! - zamachał rękami. - Poza tym od tylu lat z uporem maniaka mówię ci i powtórzę po raz kolejny, powinnaś być Arbeloa.
-Marco, powtórzę ci z takim samym uporem: jestem Arbeloa! Ale wolę nazwisko mamy, jest krótsze, bardziej chwytliwe, łatwiejsze do zapamiętania - wzruszyłam ramionami. - Wszędzie i do końca życia będę Arbeloa Ruiz. Jestem dumna z tego czyją jestem córką, zresztą cały czas to podkreślam.
-Psuję ci wizerunek, co? - puścił mi oczko. - Wielka pani redaktor z Vogue'a. Piękna, inteligentna, zdolna i ja… piłkarzyna.
-Puknij się – dla przykładu sama popukałam się czoło.
-Moglibyśmy być niezłą parą. Znamy się, lubimy i mamy dobry pijar.
-Pijarowiec się znalazł – fuknęłam i wstałam.
-Nie chciałabyś zostać moją dziewczyną, Vega? Tak na prawdę - wyszczerzył zęby.
-A czy wyglądam jakby chciała? - skrzywiłam się.
-Patrz na mnie – wskazał na swoją klatę. - Ideał! - roześmiał się.
-Lecz się, Ramos – obróciłam się na pięcie z zamiarem odmaszerowania do swojego pokoju. Może naprawdę powinnam kupić sobie swoje mieszkanie? Byłabym sama, miała święty spokój.
-Proszę cię o chodzenie, a ty mnie olewasz! - stanął przede mną i rozłożył ręce jakby chciał mnie przygarnąć do siebie.
-Nie masz już sześciu lat.
-Wtedy też mnie olałaś!
-Tyle lat i nic się nie zmieniło!
-Jak miałaś piętnaście to też mnie olałaś! Szesnaście, siedemnaście i osiemnaście! - zaczął wyliczać na palcach.
-A potem z tobą zamieszkałam.
-Bo ojciec cię zmusił - skrzywił się.
-Fakt. Wolał, żebym mieszkała z takim przygłupem jak Ty niż z kimś obcym.
-Przyznaj, wolałaś mieszkać ze mną, co? - puścił mi oczko.
-Marco - położyłam mu dłoń na nagiej piersi.
-Nie tykam braci przyjaciół.
-Mój brat od wielu lat nie jest twoim przyjacielem.
-Jak ty mało wiesz, Ramos - westchnęłam z politowaniem.
-Alessandro ma już dziewczynę!
-I co z tego? Nie mam problemu z tym, że kogoś ma. Przyjaciele cieszą się swoim szczęściem! Poza tym powiem Ci po raz miliardowy, że nie kocham się w twoim bracie!
-To czemu nie chcesz być ze mną?
-Bo nie jesteś poważny.
-Poza tym powiedziałem, że mieszkamy też z Piero - przypomniało mu się nagle.
-Kogo obchodzi Piero? - minęłam go i weszłam do swojego pokoju.
-No wiesz?! - złapał się pod boki. - To nasz kolega!
-Owszem, ale nie wzbudza takiego zainteresowania jak my.
-Czy w naszym życiu musi się liczyć tylko popularność? - oparł się o framugę.
-Nie, ale zarabiasz na tym. Gdyby nie popularność nadal mieszkałbyś w Madrycie z rodzicami… 
-Nie – burknął. - Nie mieszkałbym, ale rozumiem do czego zmierzasz. Mieszkałbym w Mediolanie jako nikt.
-Masz świetne nazwisko, jesteś jednym z najlepszych piłkarzy na świecie a do tego, jesteś synem sławnych rodziców. Mogłeś pójść nową drogą jak Sergito czy Alessandro i zostać lekarzem albo architektem. Mogłeś zniknąć z radarów jak sam wiesz kto i robić teraz cokolwiek, ale przyjechaliśmy tu. Robimy co lubimy, realizujemy się, mamy świetne perspektywy na przyszłość. Nie przeszkadza mi, że latają za nami dziennikarze. Mam serdecznie gdzieś co o mnie wypisują. Do tego doszliśmy do tego co mamy sami, nikt nic nam nie dał.
-Vega! - syknął. - To po co ten raban o ten wywiad?
-Dla zabawy – roześmiałam się. - Jadę do Londynu. TruEndo ma robić podobno jakąś kampanię reklamową, która będzie petardą. Muszę to zobaczyć. Luca Villa obiecał mnie wpuścić.
-Jadę. Mam przerwę w treningach.
-To pakuj się, Ramos.
-Dobrze, Ruiz. A co Villa chce w zamian?
-To jest w zamian – uśmiechnęłam się.
-A co zrobiłaś dla niego? 
-Tajemnica – puściłam mu oczko.